— 25 —
Miałem dość siły, by ukryć przed nią swoją głupotę w Komedii. "Wiesz - powiedziała - byliśmy wczoraj w Komedii, nie bądź zły. Wcisnęłam się w sam kąt loży, posadziłam obok siebie Lotkę, żeby on nie mógł siedzieć przy mnie. Stał wciąż za moim fotelem, a ja unikałam, jak tylko mogłam, rozmowy z nim, gawędziłam z sąsiadką z najbliższej loży i chętnie bym tylko z nią rozmawiała." O Behrischu, wszystko, com sobie wczoraj imaginował patrząc na nich, teraz mi potwierdziła. Ona sama! W moich ramionach. Jedna chwila szczęścia zastępuje tysiące pełnych cierpienia, inaczej któż chciałby żyć? Mój gniew prysnął, minione zło stało się dobrem, wspomnienie doznanych cierpień przyjemnością. I tak się to wyrównuje. Całe moje szczęście obejmowałem ramionami! To piękne zawstydzenie, jakie ją często ogarnia wobec naszych poufałości, gwałtowna miłość, co wbrew nakazom rzuca ją w moje objęcia, jej oczy przymknięte, ilekroć usta przyciska do moich, słodki uśmiech w krótkich przerwach między pieszczotami, rumieńce, wstyd, miłość, rozkosz i ta obawa malująca się na jej twarzy, gdy z drżeniem usiłuje się uwolnić z moich uścisków, i ta jej słabość, co rodzi się z lęku, bo tylko on wyrywa mi ją z ramion! Behrischu!