— 11 —

nich rysów, nie zostały tak wypaczone. Chciał Pan malować wedle natury, by przepoić obraz prawdą, a jednak tyle Pan nanizał sprzeczności, żeś właśnie chybił celu. Pan jako autor zapewne się w tym miejscu oburzy, lecz ja trzymam się ściśle rzeczywistości i prawdy, kiedy wydaję sąd, że malarz chybił.

 

Prawdziwej Lotce byłoby przykro, gdyby była podobna do przedstawionej przez Pana. Wiem dobrze, że to ma być tylko kompozycja, ale nawet pani H., którąś Pan też po części tam wplótł, nie jest również zdolna do tego, co Pan przypisał swojej bohaterce. Zapewne było to Panu potrzebne do poematu, atoli nie po to, by dać świadectwo prawdzie, boć przecież Jeruzalem zabił się nie z powodu kobiety, która była więcej niż pospolita, w przeciwieństwie do Pańskiej bohaterki zachowującej się bez czci.

 

Prawdziwa Lotta, której przyjacielem Pan nadal być pragniesz, jest w Pańskim obrazie, który aż zanadto ją przypomina, niemal wskazując na nią wyraźnie, jest, powtarzam... lecz po cóż o tym mówić, nazbyt wielki sprawia mi ból, kiedy o tym myślę. A mąż Lotty? Nazwał go Pan swoim przyjacielem, Bóg tylko

← poprzednia strona
powrót
następna strona →