— 27 —
fantazjujem i prorokujemy.
Strażnik znów do mnie powraca, wiatr północny przynosi mi jego melodię, jakby trąbił pod moim oknem. Wczoraj, drogi Kestnerze, byłem z paru sympatycznymi chłopcami na wsi. Dokazywaliśmy głośno, krzyku i śmiechu było co niemiara. Wprawdzie niewiele to znaczy wobec nadchodzących godzin, jednakże gdy nieśmiertelni bogowie nie mogą tego zmienić wedle swej woli, użyczają mi przynajmniej wesołego wieczoru. Nie piłem wina, oczy miałem pijane przyrodą. Czarowny to był wieczór; gdyśmy wrócili, zapadła już noc. Muszę Ci powiedzieć, że szczególnie lubię chwilę, kiedy słońce już dawno zaszło i noc rozprzestrzenia się od wschodu na północ i południe i tylko słabo pobłyskuje zmierzch wieczorny. Wiesz (Kestnerze), gdy okolica płaska, wtedy widowisko jest najwspanialsze; podczas moich wędrówek godzinami mogłem się przypatrywać zapadającemu zmierzchowi zawsze z tym samym świeżym i gorącym zachwytem. Na moście stałem w milczeniu. Po obu stronach posępne miasto, cicho jaśniejący horyzont i odblask na rzece - zapadło się to głęboko w duszę, chciałem to wszystko pochwycić w ramiona. Pobiegłem do Gerocków,